INSEKTÓWKA

Zaktualizowano: 7 gru 2020

czyli CHÂTEAU DE FLACA

Na samym początku kwarantanny trafił mnie szlag. Bogaty znajomy znajomego, którego mam w znajomych, ale tylko wirtualnie, bo gdzieś kiedyś przypadkowo i z odmiennych przyczyn zaliczyliśmy wspólną imprezę - on mierzył za nisko, ja za wysoko, który


na stówę nie pamięta, kim jestem, za to ja, na wyrywki znam jego imię, nazwisko, pesel i adres co do ostatniej cyferki kodu pocztowego, jak również dni, w które chadzał do pewnej knajpy.


WSZYSTKO na wszelki wypadek, gdyby jednak kiedyś przejrzał na oczy, zobaczył, jaka ze mnie WYJĄTKOWA OSOBA O SZEROKICH HORYZONTACH i zaprosił mnie do swojej willi z widokiem na luksus...

Pan Przystojny Portfel wrzucał zdjęcia fancy-drinków w zmrożonym szkle, które bezwstydnie popijał w tropikach kolejny tydzień. Na setnej wkurwiającej fotce słońce zachodziło na bogato, różowa poświata barwiła niebo nad horyzontem oceanu w idealnym odcieniu "paradise blue", a kolega, na ekskluzywnej bani, pokładał się pod palmą na piasku tak białym, jaki można kupić jedynie za dolary.

Torturował mnie wizualnie przez miesiąc. Jego fotki bezczelnie wytykały mi, że jestem z Radomia, jeżdżę podrapanym golfem, a na chacie mam tylko niedopite szkło z ostatniego kempingu w Jaśle. Niby taki światowiec, a tu kompletny brak kultury.


Powiedziałam sobie,

dość Flaca! Właśnie dlatego, że jesteś z Radomia, potrafisz zrobić coś z niczego praktycznie ze wszystkiego".

Więc chcąc koledze zaimponować (bo mój kompleks wieśniary wciąż ma się dobrze), wyciągnęłam z czeluści dawno niemytej lodówki pudełko nadpsutych, przeterminowanych dwa lata daktyli, których szkoda mi było wyrzucić, bo przytachałam je z Izraela.

EKHM pomimo faktu, że nawet nieuzbrojonym okiem dało się potwierdzić, że nieznany z imienia i nazwiska insekt rozpoczął sobie wyżerkę za moje pieniądze!

Pomimo wysokiej tolerancji na ohydę, którą wyssałam z mlekiem matki (patrz: miasto pochodzenia), cofnęło mi się zwięzłym rzygiem. Jednakowoż, odruchowo łyknęłam niechcianą masę zwrotną i uznałam, że MOŻE I NADGRYZIONE, ale nic białego na daktylach się nie wije.

Mamusie robaczki i ich nienarodzone jajeczka zapewne nie przeżyły dwuletniej krioterapii we wschodnio-europejskiej lodówce.

Wzruszyłam ramionami i wyjęłam opakowanie z lodówki, tak próbnie. Uznałam, że jeżeli jaja robali przeżyły, glisty wyklują się do dwóch-trzech dni max i dopiero wtedy zdecyduję, czy wypieprzyć całość do kosza. W końcu nagdryzione daktyle były jedyną egzotyczną rzeczą w chałupie, a mnie chowano w poszanowaniu zasady "zapłaciłem, to zeżrę, nawet jak mi nie smakuje", więc opcja pozbycia się ich nie wchodziła w rachubę.

Wszystkim krzywiącym się teraz powiem, że ROBALE SĄ ORGANICZNE, MAJĄ DUŻO WAPNIA, ZABIJANIE ICH JEST NIEETYCZNE, A JA ŻYJĘ WEDŁUG FILOZOFII ZERO WASTE.

I co GUPIO?😉


Raki, spirytus i wóda gładko weszły w welwetowe menage a trois, co mogę osobiście stwierdzić, ponieważ zlałam nalewkę kilka dni temu. Co wieczór, z poczuciem dobrze spełnionej misji IDEALNEJ I OSZCZĘDNEJ PANI DOMU, siadam na fotelu, zarzucam nogi na stół i udaję, że mieszkam w tropikach i mam basen zamiast wanny. Jako wisienkę na torcie dodaję szybki faczuś w stronę Bali i humorek jak ta lala!

Dodatkowo humor poprawia mi wniosek, że coś w tym ****** *** roku się udało i dobrze smakuje, choć z zarobaczonego powstało wsadu! Alleluja!


#kuchniadramatyczna #insektówka #faczuś #matka_boska_komediowska #jezus_komedii #flacagotuje

160 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie